Kategorie: Wszystkie | Czytelnia | Film | Gry | Muzyka | Polityka | Z życia wzięte
RSS
niedziela, 22 stycznia 2012
Przeciw ACTA

"Było dla nas niespodzianką, że szukając ludzi uczestniczących w obiegu nieformalnym, natrafiliśmy na kulturalną elitę. To paradoks, bo ci ludzie w jednej perspektywie są złodziejami, ale jeśli popatrzymy z innej strony, to okazuje się, że są nadzieją na lepsze jutro jeśli chodzi o uczestnictwo Polaków w kulturze."

---

Cholernie trudno jest mi zostać przeciwnikiem SOP-ów, ACT-ów i innych PIP-ów, kiedy widzę, w jakim towarzystwie bym się przez to znalazł.

Nie jest to żadna "elita kulturalna", którą w tej grupie dostrzega cytowany wyżej Mirosław Filiciak - najwyraźniej bardzo zaskoczony, że ludzie coś masowo jumający są jumanym przedmiotem autentycznie zainteresowani. Nie jest to też żaden "ruch wolnościowy". "Walka o wolność" to pustosłowie, którym dowolnie szermują wszystkie ideologie. Każdy ruch jest za czyjąś wolnością i właśnie dlatego jest jednocześnie przeciw wolności kogoś innego - w tym przypadku przeciw prawu artystów do wynagrodzenia za eksploatację swoich prac. Nie jest to wreszcie żadna "potęga internautów". Jakoś nie może na mnie zrobić wrażenia położenie przez nią kilku polskich serwerów państwowych.

Jest to w zdecydowanej większości zbiorowość aroganckich chłopczyków idiotycznie racjonalizujących swoje świadome złodziejstwo. Kiedy w ciągu ostatnich tygodni spora liczba korporacji działających na amerykańskim rynku ogłosiła swoje oficjalne poparcie dla SOPA, fora związane tematycznie z ich branżami wypełniły się wariacjami takiego mniej więcej komentarza: "Czy oni nie rozumieją, że gdybym kiedyś nie ściągnął tego za darmo, w życiu nie poznałbym ich produktów i nie został ich fanem?! Jednak już nim nie jestem, skompromitowali się. Bojkotujmy ich!". Można sobie wyobrazić, jak na zebraniu zarządu którejś z tych firm zaraz po odczytaniu na głos owego komentarza przez prezesa, salę ogarnia najpierw paraliżujący strach przed masową reakcją piratów na wezwanie do bojkotu, po czym wszyscy kolejno zalewają się łzami z powodu utraty cennego klienta. Ale poważniej mówiąc - oczywiście nie spędza mi snu z powiek troska o interes wielkich korporacji, ale jeszcze większą senność wywołuje u mnie kondycja takich charytatywnie działających obrońców dobra publicznego jak The Pirate Bay czy MegaUpload.

ACTA mojego entuzjazmu nie budzi, ale przyczyn jej powstania dopatrywałbym się nie tyle w staraniach lobbystów korporacji, co w rozpasanym "obiegu nieformalnym" naszej "elity kulturalnej, będącej nadzieją na lepsze jutro". Więc to paradoksalnie dzięki niemu pewnie się w końcu doczekamy jakiejś pętającej nas ACTA w takiej czy innej formie. I również dzięki niemu doczekamy się jej zapewne prędzej niż wejścia na nasz rynek takiego Netfliksa. A to ostatnie doskwiera mi znacznie mocniej.

wtorek, 29 listopada 2011
Zabierzcie im bat

"Kara śmierci to fundament, na którym powstawało PiS. Czy humanitarne jest, że człowiek, który utopił niedawno dziecko w Wiśle dostaje tylko 15 lat więzienia? (oklaski)"
Adam Hofman, "Tomasz Lis na żywo", 28 listopada 2011 (wybrane cytaty)

---

Młodzieńczy okres wojującego ateizmu mam już na szczęście za sobą. Kościół, zapewne za sprawą moich bardzo ograniczonych z nim kontaktów, przywołuje u mnie głównie sentyment i ciepłe skojarzenia. Nie jestem dumny z zadeklarowania kiedyś na tej stronie, że wiara w Boga jest kwestią inteligencji. I uważam, że katolicyzm zasługuje w Polsce na istotną pozycję.

Powyższy wstęp może sprawiać wrażenie klasycznej trollowej zagrywki "nie chcę tu wywoływać żadnej świętej wojny, ale o co wam chodzi, cholerni fanatycy", czyli niezmiennie skutecznego sposobu na wywoływanie świętych wojen, ale nie dlatego czuję się do niego zobligowany. Wydaje mi się po prostu, że nauczyłem się szacunku dla cudzych przekonań religijnych oraz ich wpływu na cudze postawy życiowe. I teraz chciałbym nieśmiało poprosić o wzajemność.

Nie zanosi się, żebym kiedykolwiek zagłosował na partię Palikota, ale nie mogę zaprzeczyć swojemu entuzjazmowi dla jego pierwszej inicjatywy w parlamencie - uchwały o usunięciu krzyża z sali sejmowej. I nie mogę zaprzeczyć uznaniu, jakie wzbudziło u mnie jej stonowane uzasadnienie. Uchwała jest bowiem wyrazem protestu przeciw samowolce i szantażowi, jaką powieszenie tego krzyża stanowiło. "Szantażowi moralnemu", if you please, przed którym można się co najwyżej niezdarnie bronić frazesami jak w pierwszym akapicie tej notki.

Od zawsze ile razy krzyż pojawiał się polityce, był używany jako bat do chłostania przeciwników. Niedawno pod Pałacem Prezydenckim był takowym na PO i Komorowskiego, wieszany nocą w Sejmie i Senacie był takowym na przegrany właśnie w wyborach SLD, czy wreszcie w 1998 na żwirowisku w Oświęcimu był wyjątkowo obrzydliwym batem na Żydów. Za każdym razem był też umieszczany samowolnie bez poprawnego uzasadnienia. Bo użycie symbolu religijnego w oczach zwolenników tej metody zwalnia z wymogu uzasadnienia.

Nie będą więc musieli nikomu wyjaśniać na przykład tego, jak to możliwe, że walcząc w imię ochrony życia o restrykcyjne obostrzenia praw do aborcji i in vitro, popierają jednocześnie przywrócenie kary śmierci. A ja pragnąłbym jakieś wytłumaczenie usłyszeć, bo ta kwestia przerasta moje skromne zdolności pojmowania. Pojmuję jedynie tyle, że się go nie doczekam, dopóki w polityce jest miejsce na religię.

piątek, 19 sierpnia 2011
Gra o tron

Catelyn: Seventeen years ago you rode off with Robert Baratheon. You came back a year later with another woman's son. And now you're leaving again.
Ned: I have no choice.
Catelyn: That's what all men say when honor calls. That's what you tell your families, tell yourselves. You do have a choice. And you've made it.
"Gra o tron", pożegnanie małżeństwa Starków w Winterfell.

---

- No risk, no reward.
Odpowiedź Tony'ego Soprano na stwierdzenie, że większość bossów mafijnych umiera przedwcześnie. Tematem całej rozmowy było troszczenie się o rodzinę.

---

Razem z połową Polski, zachęcony genialną serialową ekranizacją, od dwóch miesięcy przegryzam się przez "Pieśń lodu i ognia" George'a Martina. Jest to opowieść fascynująca mnie podwójnie, ponieważ fascynuje mnie w niej nawet sposób, w który wzbudza ona moją fascynację. Toporne zdanie, wiem, ale spróbuję wyjaśnić. Otóż poza taką zwykłą czytelniczą fascynacją bohaterami oraz imponująco cierpliwie przeprowadzanymi twistami fabularnymi, ową meta-fascynację powoduje u mnie analizowanie, dlaczego właściwie jestem w te historie tak cholernie wciągnięty. Trudno było by zachęcić do tej książki kogokolwiek niezaznajomionego z nią, przybliżając mu jedynie galerię postaci czy niektóre wątki, nie zabrzmią one bowiem atrakcyjniej od pierwszej lepszej powieści fantasy. Interesująco robi się dopiero wtedy, gdy zastanowić się nad emocjami, które śledzenie tej mało oryginalnej historii wzbudza. A to dlatego, że autorowi "Pieśni..." udało się w niej wydestylować i wiernie opisać jedną z najsilniejszych ludzkich potrzeb - pragnienie dominacji.

Nie łatwo jest się do takiego pragnienia przyznać, bo też rzadko kiedy udaje się je zaspokoić. Sama powieść dostarcza mnóstwa przykładów głupców, którzy po głośnym zadeklarowaniu, czego to oni nie mogą i co to im się z tego powodu nie należy, wkrótce potem boleśnie się przekonują, co tak naprawdę potrafią i jaki los ich za to czeka. Z drugiej strony Martin okazuje też tym naiwniakom sporo zrozumienia - na przykład kiedy jeden z nich zostaje pouczony, by zachował nieco pokory, ten odpowiada rezolutnie: "świat pełen jest ludzi gotowych upokarzać cię na każdym kroku, dlaczego miałbym ich w tym wyręczać?". I właśnie to, jak dobrze Martin opisuje te pchające ludzi do działania emocje, stanowi klucz do skutecznego zaangażowania odbiorcy w kibicowanie owym działaniom.

Jak można potrzebę dominacji zrealizować? Mało kto ma szansę zostać prawdziwym władcą świata, niczym książkowy Aegon Zdobywca, i mało kto nie jest świadomy nierealności tego celu. Rozwiązanie tego powszechnego problemu podsuwa sam Martin wplecioną w jego powieść prostą filozoficzną przypowiastką o trzech Panach i Rycerzu. Każdy z trzech Panów nakazuje Rycerzowi zgładzić dwóch pozostałych, ale każdy z nich inaczej to polecenie uzasadnia. Pierwszy obiecuje w zamian wynagrodzić Rycerza złotem, drugi gwarantuje mu łaskę bogów, a trzeci powołuje się na przysługujące mu prawo do wydawania rozkazów. Pytanie brzmi, kto przeżyje? A w istocie brzmi oczywiście - gdzie leży źródło władzy? Otóż będzie ono tam, gdzie ów Rycerz uwierzy, że jest. Czyli tak naprawdę w Rycerzu? Tez nie, bo jego czyn i władca będą usprawiedliwieni, tylko jeżeli inni ludzie uwierzą w to samo, co on. I tu przychodzi nasze rozwiązanie - grunt, to skutecznie kogoś przekonać, a już najlepiej samego siebie, czym jest dominacja i co ją legitymizuje. Dzięki temu większość z nas wymyśli sobie mniej lub bardziej iluzoryczną niszę, w której będzie realistycznym osiągnąć prym.

Ale trzymajmy się postaci fikcyjnych. Taki Tony Soprano może utrzymywać, że chodzi mu o wyżywienie żony i potomstwa. Ned Stark - że kieruje nim honor. Widz jednak łatwo dostrzeże, że obaj zainteresowani są jedynie różnymi formami siły. Ale nawet jeśli na głos potępi ich za wyjątkową bezwzględność czy hipokryzję, to właśnie z nimi zostanie wiernie do samego końca, chcąc ich w finale zobaczyć na ich wymarzonym "tronie". Bo właśnie poprzez obranie tej a nie innej drogi tak bardzo go zafascynowali. I właśnie do swojej idei "tronu" przekonali.

środa, 22 czerwca 2011
Prawda słoja z fasolkami

Sekcja cytatów na IMDb dla filmu "Melancholia" składa się tylko z jednego zdania wypowiedzianego przez główną bohaterkę: "Life is only on Earth. And not for long". I trafili z nim świetnie, bo według mnie właśnie ten cytat jest kluczowy dla interpretacji najnowszego Von Triera.

Przekonanie o naszej samotności we wszechświecie często uzasadnianie jest serią nadzwyczaj niewiarygodnych zbiegów okoliczności, które do narodzenia się życia na naszej planecie doprowadziły. Przekonanie, że jest to proces nie do powtórzenia. Jest mi to temat bliski, sam się bowiem swego czasu zjawiskiem przedziwnych zbiegów okoliczności mocno fascynowałem. I z zafascynowaniem przeczytałem swego czasu pewien artykuł zbierający kilkanaście zdumiewających anegdot kręcących się wokół takich właśnie przypadków. Nie ma tu miejsca na przytaczanie tych historii, ale dość powiedzieć, że gdyby którakolwiek z nich spotkała mnie osobiście, pewnie chwilę później z pokorą zacząłbym regularnie uczęszczać na niedzielne sumy w lokalnej parafii. Tyle że nic mnie takiego nie spotka, najciekawsza bowiem była końcowa myśl tego artykułu - prawdopodobieństwo, że przytrafi nam się podobny do tamtych cudowny zbieg okoliczności jest przyzerowe, jednakże w nich samych nie ma nic zdumiewającego, bowiem to, że przydarzą się w ogóle kiedyś komuś, jest praktycznie pewne. Bo sporo nas jest i sporo mamy czasu. A gdy weźmiemy pod uwagę całe dostępne czas i materię we wszechświecie, to i powstanie życia na Ziemi przestaje być takie niezwykłe. Za to powstanie go w całym wszechświecie tylko jeden jedyny raz staje się wręcz niemożliwe.

Ale bohaterka "Melancholii" - Justine, nie zawraca sobie głowy takimi zagadnieniami. Ona po prostu wie. I dzieli się tą mroczną przecież rewelacją o unikalności życia w najgorszym dla innej bohaterki momencie, kiedy tamta w obliczu ostateczności desperacko potrzebuje jakiejkolwiek nadziei. Nie sugeruję, by należało w tym momencie zanudzać kogoś wywodami o prawdopodobieństwach, no ale Justine po prostu wprowadza biedaczkę w błąd, chcąc ją zdołować jeszcze bardziej. Dokładnie tak samo jak Von Trier próbuje wprowadzić w błąd i zdołować widza, czyniąc z pogrążonej w głębokiej depresji bohaterki mistyczną wszechwiedzącą obserwatorkę świata. Bullshit, panie Von Trier, Justine nic nie widzi.

Ale za to my możemy lepiej obserwować depresję samego Von Triera. Żaden z otaczających nas ludzi właściwie nie da się lubić, najlepsze nasze przysmaki to tylko popiół, najbliższe nam osoby mimo starań nas nie zrozumieją i nie pocieszą, cały świat czeka nieuchronna zagłada, w obliczu której wszelkie ludzkie sprawy tracą sens, stając się pustymi konwenansami. I Von Trier to wszystko magicznie przejrzał, niczym Justine przejrzała słój z fasolkami, po czym postanawia nas tą prawdą torturować przez bite dwie godziny. Ale to nie jest obraz świata, a jedynie obraz jego zagubionej w ciemności duszy. Nie twierdzę, że to mój nieco pogodniejszy światopogląd jest jedynym słusznym. Moim problemem jest właśnie ta łże-mistyczna jedynosłuszność. Nikt nie powinien sobie rościć do niej praw, a już w szczególności człowiek w depresji. Bo przyczyną depresji nie jest wszechwiedza, lecz przeciwnie - wyparcie. Nieuznawanie pewnych dostrzeganych faktów czy zjawisk.

Co wypiera Lars Von Trier to już temat na żmudną pracę jego terapeuty, ja swoją jako widza zakończę tylko stwierdzeniem, ze takie ponure zakłamane obrazki mnie w ogóle nie bawią. Niezależnie od tego, jak pięknie zostały sfotografowane, i niezależnie od mojego szczerego współczucia dla ich autora.

niedziela, 22 maja 2011
The Good Times

- Focus on the good times.
- Don't be sarcastic.
- Isn't that what you said one time? Try to remember the times that were good?
- I did?
- Yeah.
- Well, it's true, I guess.

The Sopranos - Made In America (last lines)


Louis C.K. na początku jednego ze swoich występów trafnie zauważył, że zdecydowana większość ludzi nie żyje, a ta garstka utrzymująca się przy życiu obecnie, to tak naprawdę też martwi ludzie, którzy po prostu jeszcze nie umarli. Dużo więcej czasu bowiem spędzą we wszechświecie będąc nieżywymi, niż będąc czymkolwiek innym. Louis obwieszcza to publiczności bardzo pogodnym tonem, wywołując u niej głośne salwy śmiechu, nie da się jednak ukryć, że jest to dość ponury sposób patrzenia na świat. Jak i każdy inny, który skupia się na przemijaniu, upływie czasu, starzeniu i wreszcie śmierci.

Ale naprawdę trudno jest się na tym nie skupić. Czas nieubłaganie biegnie do przodu, a im więcej go mija, tym więcej możemy zaobserwować w otoczeniu jednoznacznych wskazówek, co takiego dla nas szykuje. I nie jest to miła perspektywa. Bo, jak z kolei trafnie zauważył George Carlin, jeśli nie lubicie bycia chorym, to co dopiero będziecie sądzić o byciu martwym. Cała ta sytuacja generalnie obsysa i jedyną metodą na normalne w niej funkcjonowanie jest zastosowanie jakiegoś psychologicznego mechanizmu wyparcia. Jedni zwyczajnie starają się o tym nie myśleć, przez co wpadają w spiralę depresji. Inni uczestniczą w zinstytucjonalizowanym wmawianiu sobie fantazji o Raju bądź reinkarnacji. Jeszcze inni natychmiast strzelają sobie w łeb.

Moją metodę, jak dotąd dość skuteczną, podsunął mi Stephen Hawking, który w świecie nerdów takich jak ja jest chyba najbliższą analogią papieża w świecie katolików. Ja po prostu całe to nieszczęsne przemijanie uznaję za iluzję. I mam na poparcie tego poglądu słowa najwybitniejszego żyjącego naukowca, których nie zawaham się tu teraz użyć:

"Termin >>czas urojony<< brzmi jak wyjęty z powieści fantastycznonaukowej, lecz w rzeczywistości jest to dobrze określone pojęcie matematyczne. (...) Czas należy mierzyć urojonymi, a nie rzeczywistymi liczbami. Ma to interesujący wpływ na czasoprzestrzeń: znika wtedy wszelka różnica między czasem a przestrzenią. (...) W czasoprzestrzeni euklidesowej nie ma żadnej różnicy między kierunkiem w czasie a kierunkiem w przestrzeni. (...tutaj następuje tłumaczenie, dlaczego pewne nie dające się wyjaśnić kwestie dotyczące budowy wszechświata znikają przy zastosowaniu do obliczeń czasu urojonego zamiast rzeczywistego...) Sugerowałoby to, że tak zwany czas urojony jest naprawdę rzeczywisty, a to, co dziś uważamy za czas rzeczywisty, stanowi jedynie wytwór naszej wyobraźni. (...) Być może zatem czas urojony jest bardziej podstawowy, a to, co nazywamy czasem rzeczywistym, jest tylko koncepcją wymyśloną do opisu wszechświata."

Jeżeli czas potraktujemy tak jak każdy inny wymiar przestrzeni, problem przemijania zostaje rozwiązany. Czas jest po naszej stronie i nie przemijamy. Istniejemy w tym konkretnym miejscu czasoprzestrzeni i w żaden sposób nie da się już nas stąd wymazać. Mówienie, że zaczynamy się w chwili urodzin i kończymy w chwili śmierci staje się równie neutralne, jak twierdzenie, że zaczynamy się głową a kończymy stopami. A wszystkie fajne chwile spędzone ze wszystkimi fajnymi ludźmi na tym ziemskim padole ciągle są, były i zawsze będą, bo przeminąć nie mogą. Just focus on them.

wtorek, 19 kwietnia 2011
Ścieżkami psycholstwa

"- Jak Pan skomentuje zarzut, iż jest Pan narcyzem?
- Akurat z tą postacią z mitologii greckiej bym się nie utożsamiał.
- A z którą?
- Z Zeusem."
Woody Allen


Wiecie, czego potrzeba do wypowiedzenia z kompletną powagą zdania "we mnie jest czyste dobro"? Cóż, przede wszystkim oczywiście należy w nie kompletnie poważnie wierzyć. Ale gdy człowiek mocno utwierdzi się w takim narcystycznym przekonaniu o własnej anielskości, to już nie znajdzie się dostateczna bzdura, którą mógłby on palnąć z poczuciem jakiegokolwiek zażenowania. Strawestuje na przykład otoczone kultem słowa Dżej Pi Tu na użytek początku kampanii wyborczej, nieszczęśliwą kraksę komunikacyjną nazwie zdradą o świcie, a obwołując samego siebie nośnikiem wszelkich cnót i zapomnianych najważniejszych wartości, bez wahania sflekuje jednocześnie paskudnymi obelgami każdego naiwniaka śmiącego z nim dyskutować.

Nasza narodowa maskotka patriotyzmu - Jarosław Kaczyński, to przypadek zupełnie skrajny, ale posługując się skrajnościami czasem łatwiej jest zilustrować bardziej zawiłe zjawiska. A zjawiskiem wziętym dziś na tapetę będzie liczna rzesza takich właśnie Jarkowi podobnych samczych narcyzów. Oddajmy tu na chwilę głos Jerzemu Pilchowi w jeszcze świeżym wywiadzie z zeszłego tygodnia: "Próżność męska jest zjawiskiem równie stereotypowym, co niepodważalnym. (...) Każdy facet, większość z pewnością, uwielbia pierwszą osobę liczby pojedynczej i narracje o licznych sukcesach życiowych, o zrobieniu w konia kierownika, wyczynie sportowym, samochodowym czy innych. I łyknie każdą pochwałę z ust kobiecych. (...) Istnieje zjawisko pt. facet polski. On jest łakomym na pochwały, łatwym do zmanipulowania durniem. (...) Jest zakompleksiony, co produkuje z jednej strony pozorne zadowolenie i poczucie wyższości, z drugiej - strach, czy to prawda. A ponieważ to nieprawda, zaczyna się ścieżka psycholstwa. Polskie dziewczyny (...) są w sytuacji strasznej: mają w zdecydowanej większości przypadków do czynienia - ze spokojem nazwę tak współplemieńców - z sytymi debilami."

Pilch ma w tym fragmencie na myśli głównie tych nawijających w kółko o własnej zajebistości przymułów, przez co nie poświęca większej uwagi innej grupie, która reprezentuje sobą z podobnych przyczyn nie mniej katastrofalny obraz. A mianowicie tłukom przekonanym o własnej dobroci. Ci pierwsi, na przykład przy próbie podrywu, po prostu zaleją dziewczynę na oślep testosteronem, ale ci drudzy zrobią jedynie maślane oczy z bezpiecznego dystansu i będą oczekiwać, że panna sama do nich przyleci, rozpoznając głęboko w nich ukrytą cudowność. Ci pierwsi, gdy już spotka ich prędzej czy później zasłużone odtrącenie, rzucą może na odchodnym jakieś ostatecznie obnażające ich głupotę wyzwisko. Ci drudzy w życiu nie dadzą sobie wmówić, że ich wybranka sama mogłaby wybrać kogoś innego, więc będą nadal wiernie ją dręczyć teatralnymi fochami. Ci pierwsi nigdy nie dopatrują się niczego żenującego w swoich idiotycznych żartach i samochwalczych anegdotach, drudzy natomiast bez cienia żenady wiecznie bełkoczą o czystości swych uczuć i zaschnięciach z tęsknoty. I to niezależnie od tego, czy którąś próbują właśnie zdobyć, czy porzucić.

Istnieje taki kulturowy stereotyp przeciwstawiający draństwo jednych narcyzów dobroci tych drugich. Ile to już razy kazano nam się litować nad tymi wszystkimi załganymi Werterami, którzy wzdychając do swej lubej ze swojego ciemnego kąta jakimś cudem rozpędzili w ten sposób całą barbarzyńską konkurencję? Stereotyp dziwny, bo całkowicie nieprawdziwy. Dzięki m.in. takiemu Kaczyńskiemu dobrze wiem, że człowiek przekonany o własnej dobroci jest zdolny rozgrzeszyć się z każdej możliwej podłości. I dobrze wiem, z którego narcyza w ostatecznym rozrachunku wylezie większy skurwiel.

czwartek, 15 kwietnia 2010
Ciszej w tym Wawelu

O ile przez pierwsze paręnaście godzin po tym przerażającym wydarzeniu można było mówić o zaskakująco godnym, w kraju i na świecie, uczczeniu pamięci, o tyle przez ostatnie paręnaście godzin sprawy zaczęły przybierać bardzo nieprzyjemny obrót. Tylko w kraju, Nie da się ukryć, że decyzja o pochówku Pierwszej Pary na Wawelu jest co najmniej nietrafiona i dlatego już na początku żałoby narodowej przywróciła polityczne spory na pierwszy plan. Ale właśnie to, a nie sam wybór miejsca na grobowiec, wydaje mi się w tej aferze najpaskudniejsze. Przyznam szczerze, że do zeszłej niedzieli nie potrafiłbym wymienić ze stuprocentową pewnością trzech nazwisk spośród panteonu naszych narodowych bohaterów tam pochowanych. Ale śledząc reakcje oburzonych tą decyzją, stawiam tezę, że znaczna ich część nie tylko również by tego nie potrafiła, ale nawet nie wiedziałaby, że takowy panteon tam grzebaliśmy. Obstawiam więc, że znacznej części nie chodzi o symbole, a o odreagowanie mieszanych emocji wywołanych śmiercią budzącego mieszane uczucia prezydenta. Nie ma to już nic wspólnego z godnością.

Warto w takich chwilach przypomnieć zachowania godne. Oto końcowy fragment niedawnego listu Lecha Kaczyńskiego do Rady Miasta Krakowa kończącego pewną inną aferę: "(...) poczytuję sobie za zaszczyt, że społeczność miasta w osobach swoich przedstawicieli zechciała w ostatnim czasie podjąć namysł nad inicjatywą nadania mi tytułu honorowego obywatela Krakowa. Pragnę Państwu dzisiaj podziękować za ten jedyny w swoim rodzaju wyraz uznania. Jednak ze względu na zaistniałą wokół tego wydarzenia atmosferę napięcia i nieporozumień czuję się w obowiązku prosić Państwa w tej chwili o zaniechanie tego projektu". Nie mam wątpliwości, że i teraz Lech Kaczyński nie chciałby zostać wykorzystanym jako przedmiot politycznego sporu w tak symbolicznej sprawie. Lecz skoro on sam już niestety nic na to poradzić nie może, to proponuję, byśmy w takim razie my po prostu odpuścili sobie ten ostatni toczący się wokół niego spór. I razem z resztą świata w nadchodzącą niedzielę na Wawelu godnie uczcili pamięć tak tragicznie zmarłych.

niedziela, 13 września 2009
So Play The Violin

A więc Viktor Frankl twierdzi, że wszyscy potrzebujemy sensu w naszym życiu

Poparł to twierdzenie m.in. przemyśleniami, z których zwierzył mu się listownie aresztowany przez Gestapo, torturowany i skazany na śmierć członek austriackiego ruchu oporu. Otóż człowiek ten przesiedział długie tygodnie w celi śmierci, oczekując na egzekucję (do której szczęśliwym trafem w końcu nie doszło) i starając się przy tym nie zwariować. I w tym czasie kompletnie gdzieś miał to, czy jego walka z szaleństwem miała podłoże "pregenitalne", "wewnątrzmaciczne" czy inne "analnoerotyczne", jak i to, czy ma ona związek z jakimiś "archetypami jego zbiorowej nieświadomości", bądź "mniejszymi wartościami narządów" - czyli sztandarowymi pojęciami analizy psychologicznej Freuda i Adlera. W sytuacji mierzenia się z ostatecznością, nieuchronnie zbliżającym się końcem, stawiał sobie zupełnie inne pytania. Jaki jest bilans mojego życia? Co zrobiłem z danym sobie czasem? Co się naprawdę w moim życiu liczyło? Być może w sytuacji skrajnej ludzie zastanawiają się nad tymi kwestiami dużo bardziej świadomie, ale najprawdopodobniej tego rodzaju pytania zadaje sobie każdy po kilka razy dziennie, bo i każdego tak naprawdę dotyczy zbliżający się kres. A przed ogarniającym w jego obliczu szaleństwem uchronić może jedynie znalezienie właściwych odpowiedzi.

Viktor Frankl ma rację. Sam przeszedł przez koszmar bycia więźniem obozu koncentracyjnego i mógł tam zaobserwować, że większe szanse przetrwania mieli ludzie wierzący. W cokolwiek - boga, wartości, idee, czy choćby po prostu w czekającą ich przyszłość i innych ludzi. Żyli, bo mieli dla czego. Cały mechanizm naszych myśli sprowadza się do szukania znaczeń, powodów i wyjaśnień, bez racjonalizacji otaczającego nas świata nie bylibyśmy w stanie niczego pojąć, ani zwyczajnie funkcjonować, podejmować nawet najprostszych czynności. Sens jest motorem wykształconego w nas rozumu. Frankl twierdzi, że owego życiowego sensu nie da się w żaden sposób wynaleźć, sfabrykować, czy darować - można go jedynie odnaleźć. Jest to o tyle słuszne, że faktycznie wszyscy ci wymienieni przez niego ludzie wierzą w sens znajdujący się poza nimi samymi.

Ale Viktor Frankl się również myli. Twierdzenie o poszukiwaniu zewnętrznego sensu logicznie doprowadziło go do przekonania, że istnieje tzw. supersens - obiektywny stan rzeczy, niezależny od ludzi ład moralny, który da się jakoś odszukać i częściowo rozpoznać oraz w którym zakorzenione są wszelkie pozostałe osobiste sensy. Ale jest to pułapka dokładnie tego samego działającego w naszym umyśle racjonalizatora - Viktor Frankl stara się uczynić sensownym samo poszukiwanie sensu. Odnaleźć powód istnienia tej fundamentalnej uświadomionej motywacji ludzkości, którą jest właśnie samo szukanie znaczeń. Beznadziejna śmieszność tego naszego ewolucyjnego potworka - rozumu, polega jednak na tym, że całą swoją krótką egzystencję poświęci on na daremnych próbach odnalezienia czegoś, czego po prostu nie ma. I niczym się już w tej czynności nie różni od leminga skaczącego z entuzjazmem w przepaść, byka atakującego z impetem betonową ścianę, czy ćmy lecącej bezmyślnie w ognisko - stworzeń, którym zapewne chwilę przez zgonem instynkt również uroił, że zachowują się całkiem sensownie.

Pełna więc zgoda, że dzięki tej potrzebie jak dotąd przetrwaliśmy. No ale w sumie po co?

poniedziałek, 01 czerwca 2009
Geniusze Internetu

Stanisław Lem stwierdził ponoć swego czasu, że dopiero Internet uświadomił mu prawdziwą liczbę idiotów na tym świecie. I o ile rzeczywiście otwierając przeglądarkę, szczególnie w dobie 2.0, trudno nie napatoczyć się na jakiś rozbrajająco debilny komentarz, post czy wpis na blogu, o tyle dzięki sieci da się też czasem odkryć nieco drzemiącego w masie ludzkiej geniuszu. Nie mam w tym miejscu na myśli jakichś przelewanych do netu epokowych mądrości, przełomowych obserwacji, czy powalającej sztuki, bo i czegoś takiego tu po prostu nie ma, przynajmniej w oryginale. Chodzi mi raczej o to, co człowiek potrafi z siebie spontanicznie wykrzesać, zabijając nudę przed monitorem.

Na początkową ilustrację zjawiska weźmy prosty miks memów, który objawił się na przykład w komentarzach pod tym zdjęciem na moronailu. Jednym ze stałych zwyczajów tej zdrowo popieprzonej strony z gatunku "śmieszne obrazki" jest zarzucanie autorowi przy każdym zdjęciu ukrytej ingerencji Photoshopem ("it's shopped!") z jakimś niepoważnym uzasadnieniem ("I can tell, cause I've seen many shops in my life"), choć oczywiście większość zdjęć jest tam zshopowana zupełnie otwarcie. I w tym duchu są pierwsze dwa komentarze - "obvious shop", "shop or not, still funny". Trzeci pochodzi jednak od kogoś, komu już aż tak do śmiechu nie jest, czemu daje wyraz parafrazując komentarz drugi - "shop or not, still fucking sexist", co napotyka z kolei inną parafrazującą polemikę - "sexist or not, still fucking funny". Od tego momentu debata nabiera rumieńców - "sexist or still, funny fucking shop", "fucking or shop, still funny sexist", "funny or fucking, still sexist shop", "sexist or shop, fucking still funny" i zostaje wreszcie spuentowana stwierdzeniem: "sexists fuck funny still in shops".

Już wiadomo, o co mi chodzi? Innym dobrym reprezentantem podobnej zabawy jest zbiór opinii użytkowników pod wystawionym na sprzedaż na amazonie pojemnikiem uraninitu. Pierwszy z brzegu klient opisuje na przykład domowy wypadek, w którym niechcący użył uraninitu zamiast wodorowęglanu sodu, gdy skończyła mu się pasta do zębów i od tego czasu już w ogóle nie musi ich myć. Inny zachwala jakość towaru w porównaniu z tym, który kupował wcześniej u Libańczyków na parkingu okolicznego hipermarketu. Jeszcze innemu w końcu odpalił wehikuł czasu, następnemu ruszyła flota do inwazji na Ziemię, kolejny znalazł idealny prezent dla sąsiada, a jeden w końcu poleca zakupić do produktu także wirówkę do sałatek.

A wiecie, co to znaczy "rickrolling"? Dwa lata temu na 4chan w dziale gier wideo jakiś mało w sumie pomysłowy dowcipniś zalinkował nieśmiertelny hit Ricka Astleya na YouTubie - "Never Gonna Give You Up" ("never gonna let you down, never gonna run around and desert you"), etykietując odsyłacz jako zapowiedź najnowszego "Grand Theft Auto", przez co liczna gawiedź łaknąca nowych filmików z wielce wyczekiwanej gry nacięła się z zaskoczenia na teledysk Ricka. Nie pierwszy i nie ostatni raz ktoś w Internecie tak prymitywnie kogoś nabrał, jednak absurdalność odesłania do tej właśnie piosenki okazała się tak chwytliwa, że w krótkim czasie stał się to najpopularniejszy fałszywy link Internetu, podrzucany komu się da przy okazji dowolnego tematu. Jeśli nie orientowałeś się, że tak naprawdę wcale nie klikasz w interesujący Cię materiał, po czym po chwili słyszałeś znajome skoczne rytmy, oznaczało to, że "you have been rickrolled". Nabita przez to popularność teledysku na YouTube i aktywność fanów przekrętu doprowadziła w końcu do wręczenia Rickowi nagrody MTV za "Best Act Ever", co oczywiście było po prostu niczym innym, tylko zrickrollowaniem samej tej nagrody.

Długo by tak można rzucać przykładami, kończmy więc już moim ulubieńcem. Na stronie IMDB filmu "Pineapple Express" pod samym nagłówkiem widnieje rzucające się w oczy zdjęcie ze zbliżeniem łatwo rozpoznawalnej twarzy Jima Careya. Kłopot w tym, że ten facet wcale w tym filmie nie występuje, co wywołało konfuzję u jednego z komentatorów na forum serwisu, objawionej stosownym postem ze stosownym zapytaniem "co tu robi Jim Carey?". Otrzymał on natychmiast wyczerpującą i oczywistą dla stałych bywalców odpowiedź: "poszedł na premierę". Trzeci dyskutant najwyraźniej jednak jej nie zauważył i pośpieszył z własnym wyjaśnieniem: "poszedł na premierę", co z kolei ominęło chyba rozmówcę czwartego, gdyż skomentował pytanie następującym: "wydaje mi się, że poszedł na premierę". Tak samo jak piąty. Ósmy uznał pójście Jima na premierę za najbardziej prawdopodobny scenariusz. Jedenasty komentator postanowił się bardziej uwiarygodnić, powołując się na mieszkającą w Hollywood siostrę znajomego kuzynki kumpla szwagra sąsiadki, która również poszła na premierę i widziała tam Careya. Dwudziesty czwarty spekulował, że może jednak "poszedł do łazienki". Gdzieś w okolicach pięćdziesiątego padło zdanie, że "był ofiarą, której zażądała premiera". Po pięciu miesiącach od zapytania zdumionego forumowicza w ciągle aktywnym wątku wciąż nie wydaje się do końca jasne, czy Jim Carey poszedł na premierę.

Może i Lem nie wiedziałby bez Internetu, że na świecie jest tylu idiotów, ale ja bez tego genialnego wynalazku z pewnością bym nie wiedział, ilu ludziom potrafi czasem aż tak odbić palma.

środa, 20 maja 2009
Silniejsze filmowe uczucia

Z braku lepszych tematów weźmy na tapetę najświeższy finał "Lostów". Przyznam, że i we mnie nie wzbudził silniejszych emocji przy pierwszym podejściu, druga próba jednak przyniosła sporo pozytywnych obserwacji. Jak już kiedyś tam pisałem, najbardziej w tym serialu lubiłem wątek "przeznaczenie versus wolna wola", który stracił w moich oczach na atrakcyjności gdzieś tak w środku sezonu czwartego. Fabuła, po długim okresie równoważenia zwolenników obu poglądów, mocno skręciła wtedy w okolice bajdurzeń Johna Locke'a, potwierdzając jego status jako De Czołsen Łan, negując rolę przypadku w losach bohaterów, aż wreszcie przekabacając samego Jacka na stronę fanatyków od "we're supposed to do this'n'that". Nie od razu zorientowałem się, że zwieńczenie sezonu piątego dało owej przeznaczeniowej propagandzie skuteczny odpór, ujawniając, że nieszczęsny Locke był najzwyczajniej w świecie wmanipulowany w większy plan innej postaci, którego nie rozumiał i w wyniku czego najwyraźniej wyrządził jedynie więcej zła.

Ostatnią ostoją trzeźwości i zdrowego rozsądku okazał się mój ulubieniec Sawyer, wypowiadający najfajniejsze zdanie odcinka w polemice z nawiedzonym Jackiem: "I don't speak destiny. What I do understand is a man does what he does, cause he wants something for himself", tylko oczywiście jak zwykle nikt biedaka nie posłuchał. Obstawiam, że zgodnie z przewidywaniem Milesa bomba wodorowa okaże się pierwotną przyczyną incydentu, a nie mu zapobiegnie oraz że faktyczna zmiana przeszłości stanie się celem bohaterów w sezonie ostatnim, ponieważ do tej pory dawali się jedynie wodzić za nos panu "nemezis Jacoba". Wszystko, co ich spotkało, było ową wspomnianą przez niego loophole, której potrzebował do swoich własnych celów i dopiero teraz Losties postarają się tą loophole załatać. Nie dlatego, że im ktoś powie mędrkującym głosem, że są do tego "supposed", ale dlatego, ze sami tak zdecydują.

A z wizyt w kinie:

Star Trek

To z grubsza takie "Casino Royale" serii "Star Treka" - powrót do korzeni dopasowany do współczesnych wymogów, traktujący siebie ironicznie, ale i swoją tradycję na poważnie. Sprawdziło się w Bondzie, sprawdza się i tutaj - zadowoleni powinni być zarówno wierni fani, jak i odbiorcy reagujący do tej pory na ów tytuł alergicznie lub po prostu nie dający zań faka. Przed obejrzeniem filmu byłem bliżej tej drugiej kategorii, obecnie bardzo cieszy mnie perspektywa kolejnych części.

Zapaśnik

Sorry, ale ja po prostu nie mogę z siebie wykrzesać grama współczucia dla postaci oddającej się tak idiotycznemu zajęciu jak udawane zapasy w kolorowych leginsach i na własne życzenie pieprzącej sobie przez to relacje z jedyną osobą, na której mu niby zależy. Tam nawet współczucia - czegokolwiek. Cała ta historia jest po prostu nudna i nieciekawa. Może nie cisnęło mnie do udania się w stronę wyjścia z sali aż tak mocno, jak na "Oporze", jednakże owo pragnienie było jedynym silniejszym uczuciem, które mną zawładnęło podczas seansu.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 7