Wynurzenia wesołego nerda
Kategorie: Wszystkie | Czytelnia | Film | Gry | Muzyka | Polityka | Z życia wzięte
RSS
niedziela, 13 września 2009
So Play The Violin

A więc Viktor Frankl twierdzi, że wszyscy potrzebujemy sensu w naszym życiu

Poparł to twierdzenie m.in. przemyśleniami, z których zwierzył mu się listownie aresztowany przez Gestapo, torturowany i skazany na śmierć członek austriackiego ruchu oporu. Otóż człowiek ten przesiedział długie tygodnie w celi śmierci, oczekując na egzekucję (do której szczęśliwym trafem w końcu nie doszło) i starając się przy tym nie zwariować. I w tym czasie kompletnie gdzieś miał to, czy jego walka z szaleństwem miała podłoże "pregenitalne", "wewnątrzmaciczne" czy inne "analnoerotyczne", jak i to, czy ma ona związek z jakimiś "archetypami jego zbiorowej nieświadomości", bądź "mniejszymi wartościami narządów" - czyli sztandarowymi pojęciami analizy psychologicznej Freuda i Adlera. W sytuacji mierzenia się z ostatecznością, nieuchronnie zbliżającym się końcem, stawiał sobie zupełnie inne pytania. Jaki jest bilans mojego życia? Co zrobiłem z danym sobie czasem? Co się naprawdę w moim życiu liczyło? Być może w sytuacji skrajnej ludzie zastanawiają się nad tymi kwestiami dużo bardziej świadomie, ale najprawdopodobniej tego rodzaju pytania zadaje sobie każdy po kilka razy dziennie, bo i każdego tak naprawdę dotyczy zbliżający się kres. A przed ogarniającym w jego obliczu szaleństwem uchronić może jedynie znalezienie właściwych odpowiedzi.

Viktor Frankl ma rację. Sam przeszedł przez koszmar bycia więźniem obozu koncentracyjnego i mógł tam zaobserwować, że większe szanse przetrwania mieli ludzie wierzący. W cokolwiek - boga, wartości, idee, czy choćby po prostu w czekającą ich przyszłość i innych ludzi. Żyli, bo mieli dla czego. Cały mechanizm naszych myśli sprowadza się do szukania znaczeń, powodów i wyjaśnień, bez racjonalizacji otaczającego nas świata nie bylibyśmy w stanie niczego pojąć, ani zwyczajnie funkcjonować, podejmować nawet najprostszych czynności. Sens jest motorem wykształconego w nas rozumu. Frankl twierdzi, że owego życiowego sensu nie da się w żaden sposób wynaleźć, sfabrykować, czy darować - można go jedynie odnaleźć. Jest to o tyle słuszne, że faktycznie wszyscy ci wymienieni przez niego ludzie wierzą w sens znajdujący się poza nimi samymi.

Ale Viktor Frankl się również myli. Twierdzenie o poszukiwaniu zewnętrznego sensu logicznie doprowadziło go do przekonania, że istnieje tzw. supersens - obiektywny stan rzeczy, niezależny od ludzi ład moralny, który da się jakoś odszukać i częściowo rozpoznać oraz w którym zakorzenione są wszelkie pozostałe osobiste sensy. Ale jest to pułapka dokładnie tego samego działającego w naszym umyśle racjonalizatora - Viktor Frankl stara się uczynić sensownym samo poszukiwanie sensu. Odnaleźć powód istnienia tej fundamentalnej uświadomionej motywacji ludzkości, którą jest właśnie samo szukanie znaczeń. Beznadziejna śmieszność tego naszego ewolucyjnego potworka - rozumu, polega jednak na tym, że całą swoją krótką egzystencję poświęci on na daremnych próbach odnalezienia czegoś, czego po prostu nie ma. I niczym się już w tej czynności nie różni od leminga skaczącego z entuzjazmem w przepaść, byka atakującego z impetem betonową ścianę, czy ćmy lecącej bezmyślnie w ognisko - stworzeń, którym zapewne chwilę przez zgonem instynkt również uroił, że zachowują się całkiem sensownie.

Pełna więc zgoda, że dzięki tej potrzebie jak dotąd przetrwaliśmy. No ale w sumie po co?




Tą budującą konkluzją równo w trzecią rocznicę otwarcia bloga ogłaszam oficjalnie jego zamknięcie. Serdeczne dzięki dla czytelników.

poniedziałek, 01 czerwca 2009
Geniusze Internetu

Stanisław Lem stwierdził ponoć swego czasu, że dopiero Internet uświadomił mu prawdziwą liczbę idiotów na tym świecie. I o ile rzeczywiście otwierając przeglądarkę, szczególnie w dobie 2.0, trudno nie napatoczyć się na jakiś rozbrajająco debilny komentarz, post czy wpis na blogu, o tyle dzięki sieci da się też czasem odkryć nieco drzemiącego w masie ludzkiej geniuszu. Nie mam w tym miejscu na myśli jakichś przelewanych do netu epokowych mądrości, przełomowych obserwacji, czy powalającej sztuki, bo i czegoś takiego tu po prostu nie ma, przynajmniej w oryginale. Chodzi mi raczej o to, co człowiek potrafi z siebie spontanicznie wykrzesać, zabijając nudę przed monitorem.

Na początkową ilustrację zjawiska weźmy prosty miks memów, który objawił się na przykład w komentarzach pod tym zdjęciem na moronailu. Jednym ze stałych zwyczajów tej zdrowo popieprzonej strony z gatunku "śmieszne obrazki" jest zarzucanie autorowi przy każdym zdjęciu ukrytej ingerencji Photoshopem ("it's shopped!") z jakimś niepoważnym uzasadnieniem ("I can tell, cause I've seen many shops in my life"), choć oczywiście większość zdjęć jest tam zshopowana zupełnie otwarcie. I w tym duchu są pierwsze dwa komentarze - "obvious shop", "shop or not, still funny". Trzeci pochodzi jednak od kogoś, komu już aż tak do śmiechu nie jest, czemu daje wyraz parafrazując komentarz drugi - "shop or not, still fucking sexist", co napotyka z kolei inną parafrazującą polemikę - "sexist or not, still fucking funny". Od tego momentu debata nabiera rumieńców - "sexist or still, funny fucking shop", "fucking or shop, still funny sexist", "funny or fucking, still sexist shop", "sexist or shop, fucking still funny" i zostaje wreszcie spuentowana stwierdzeniem: "sexists fuck funny still in shops".

Już wiadomo, o co mi chodzi? Innym dobrym reprezentantem podobnej zabawy jest zbiór opinii użytkowników pod wystawionym na sprzedaż na amazonie pojemnikiem uraninitu. Pierwszy z brzegu klient opisuje na przykład domowy wypadek, w którym niechcący użył uraninitu zamiast wodorowęglanu sodu, gdy skończyła mu się pasta do zębów i od tego czasu już w ogóle nie musi ich myć. Inny zachwala jakość towaru w porównaniu z tym, który kupował wcześniej u Libańczyków na parkingu okolicznego hipermarketu. Jeszcze innemu w końcu odpalił wehikuł czasu, następnemu ruszyła flota do inwazji na Ziemię, kolejny znalazł idealny prezent dla sąsiada, a jeden w końcu poleca zakupić do produktu także wirówkę do sałatek.

A wiecie, co to znaczy "rickrolling"? Dwa lata temu na 4chan w dziale gier wideo jakiś mało w sumie pomysłowy dowcipniś zalinkował nieśmiertelny hit Ricka Astleya na YouTubie - "Never Gonna Give You Up" ("never gonna let you down, never gonna run around and desert you"), etykietując odsyłacz jako zapowiedź najnowszego "Grand Theft Auto", przez co liczna gawiedź łaknąca nowych filmików z wielce wyczekiwanej gry nacięła się z zaskoczenia na teledysk Ricka. Nie pierwszy i nie ostatni raz ktoś w Internecie tak prymitywnie kogoś nabrał, jednak absurdalność odesłania do tej właśnie piosenki okazała się tak chwytliwa, że w krótkim czasie stał się to najpopularniejszy fałszywy link Internetu, podrzucany komu się da przy okazji dowolnego tematu. Jeśli nie orientowałeś się, że tak naprawdę wcale nie klikasz w interesujący Cię materiał, po czym po chwili słyszałeś znajome skoczne rytmy, oznaczało to, że "you have been rickrolled". Nabita przez to popularność teledysku na YouTube i aktywność fanów przekrętu doprowadziła w końcu do wręczenia Rickowi nagrody MTV za "Best Act Ever", co oczywiście było po prostu niczym innym, tylko zrickrollowaniem samej tej nagrody.

Długo by tak można rzucać przykładami, kończmy więc już moim ulubieńcem. Na stronie IMDB filmu "Pineapple Express" pod samym nagłówkiem widnieje rzucające się w oczy zdjęcie ze zbliżeniem łatwo rozpoznawalnej twarzy Jima Careya. Kłopot w tym, że ten facet wcale w tym filmie nie występuje, co wywołało konfuzję u jednego z komentatorów na forum serwisu, objawionej stosownym postem ze stosownym zapytaniem "co tu robi Jim Carey?". Otrzymał on natychmiast wyczerpującą i oczywistą dla stałych bywalców odpowiedź: "poszedł na premierę". Trzeci dyskutant najwyraźniej jednak jej nie zauważył i pośpieszył z własnym wyjaśnieniem: "poszedł na premierę", co z kolei ominęło chyba rozmówcę czwartego, gdyż skomentował pytanie następującym: "wydaje mi się, że poszedł na premierę". Tak samo jak piąty. Ósmy uznał pójście Jima na premierę za najbardziej prawdopodobny scenariusz. Jedenasty komentator postanowił się bardziej uwiarygodnić, powołując się na mieszkającą w Hollywood siostrę znajomego kuzynki kumpla szwagra sąsiadki, która również poszła na premierę i widziała tam Careya. Dwudziesty czwarty spekulował, że może jednak "poszedł do łazienki". Gdzieś w okolicach pięćdziesiątego padło zdanie, że "był ofiarą, której zażądała premiera". Po pięciu miesiącach od zapytania zdumionego forumowicza w ciągle aktywnym wątku wciąż nie wydaje się do końca jasne, czy Jim Carey poszedł na premierę.

Może i Lem nie wiedziałby bez Internetu, że na świecie jest tylu idiotów, ale ja bez tego genialnego wynalazku z pewnością bym nie wiedział, ilu ludziom potrafi czasem aż tak odbić palma.

środa, 20 maja 2009
Silniejsze filmowe uczucia

Z braku lepszych tematów weźmy na tapetę najświeższy finał "Lostów". Przyznam, że i we mnie nie wzbudził silniejszych emocji przy pierwszym podejściu, druga próba jednak przyniosła sporo pozytywnych obserwacji. Jak już kiedyś tam pisałem, najbardziej w tym serialu lubiłem wątek "przeznaczenie versus wolna wola", który stracił w moich oczach na atrakcyjności gdzieś tak w środku sezonu czwartego. Fabuła, po długim okresie równoważenia zwolenników obu poglądów, mocno skręciła wtedy w okolice bajdurzeń Johna Locke'a, potwierdzając jego status jako De Czołsen Łan, negując rolę przypadku w losach bohaterów, aż wreszcie przekabacając samego Jacka na stronę fanatyków od "we're supposed to do this'n'that". Nie od razu zorientowałem się, że zwieńczenie sezonu piątego dało owej przeznaczeniowej propagandzie skuteczny odpór, ujawniając, że nieszczęsny Locke był najzwyczajniej w świecie wmanipulowany w większy plan innej postaci, którego nie rozumiał i w wyniku czego najwyraźniej wyrządził jedynie więcej zła.

Ostatnią ostoją trzeźwości i zdrowego rozsądku okazał się mój ulubieniec Sawyer, wypowiadający najfajniejsze zdanie odcinka w polemice z nawiedzonym Jackiem: "I don't speak destiny. What I do understand is a man does what he does, cause he wants something for himself", tylko oczywiście jak zwykle nikt biedaka nie posłuchał. Obstawiam, że zgodnie z przewidywaniem Milesa bomba wodorowa okaże się pierwotną przyczyną incydentu, a nie mu zapobiegnie oraz że faktyczna zmiana przeszłości stanie się celem bohaterów w sezonie ostatnim, ponieważ do tej pory dawali się jedynie wodzić za nos panu "nemezis Jacoba". Wszystko, co ich spotkało, było ową wspomnianą przez niego loophole, której potrzebował do swoich własnych celów i dopiero teraz Losties postarają się tą loophole załatać. Nie dlatego, że im ktoś powie mędrkującym głosem, że są do tego "supposed", ale dlatego, ze sami tak zdecydują.

A z wizyt w kinie:

Star Trek

To z grubsza takie "Casino Royale" serii "Star Treka" - powrót do korzeni dopasowany do współczesnych wymogów, traktujący siebie ironicznie, ale i swoją tradycję na poważnie. Sprawdziło się w Bondzie, sprawdza się i tutaj - zadowoleni powinni być zarówno wierni fani, jak i odbiorcy reagujący do tej pory na ów tytuł alergicznie lub po prostu nie dający zań faka. Przed obejrzeniem filmu byłem bliżej tej drugiej kategorii, obecnie bardzo cieszy mnie perspektywa kolejnych części.

Zapaśnik

Sorry, ale ja po prostu nie mogę z siebie wykrzesać grama współczucia dla postaci oddającej się tak idiotycznemu zajęciu jak udawane zapasy w kolorowych leginsach i na własne życzenie pieprzącej sobie przez to relacje z jedyną osobą, na której mu niby zależy. Tam nawet współczucia - czegokolwiek. Cała ta historia jest po prostu nudna i nieciekawa. Może nie cisnęło mnie do udania się w stronę wyjścia z sali aż tak mocno, jak na "Oporze", jednakże owo pragnienie było jedynym silniejszym uczuciem, które mną zawładnęło podczas seansu.

sobota, 11 kwietnia 2009
Vicky Cristina

W najbliższy piątek wchodzi u nas do kin "nowy" Allen. Film gorąco polecam (Too, która ostatnio mi o nim przypomniała - też :) ), sam widziałem go w bardziej cywilizowanym kraju dobre parę miesięcy temu. I też wtedy już wspominałem, że drugi raz po "Match Poincie" Allen zachwycił mnie niemal idealną zgodnością swoich poglądów na świat z moimi. Tamten film mówił o roli przypadku w życiu i jego wpływie na sens naszych działań (w skrócie - rola kluczowa, wpływ wykluczający), "Vicky Cristina Barcelona" bierze na tapetę temat miłości. Ludzie reagujący alergicznie na emo oraz nie chcący sobie zdradzać szczegółów fabuły proszeni są w tym miejscu o przerwanie lektury.

Kiedyś pewnie powiedziałbym, że z obu bohaterek filmu łatwiej mi zrozumieć Vicky (choć z miejsca oczywiście wzbudziła na początku mój wstręt) - wierzącej, że układa sobie idealne życie przy boku idealnego faceta, przy czym nieświadomej tego, że owe ideały istnieją tylko w jej głowie, a otacza ją po prostu szara zwyczajna rzeczywistość słaby mająca z nimi związek. Nawet jednak wybita z niej przez miłosne uniesienie nie porzuci swoich iluzji. Bo uświadomi sobie również iluzoryczność owych uniesień. Obiekt westchnień zawsze jest tylko tworem wyobraźni, a nie realną osobą. A ile razy wydaje się, że oto zaczęło się coś wspaniałego, wyśnionego, przepięknego i trwać będzie wiecznie, najprawdopodobniej ta wspaniałośc ma miejsce tylko w tej chwili i właśnie się kończy. Pragmatyczniej jest nie pozwalać wpłynąc czemuś tak ulotnemu na życiowe plany.

Mi jednak chyba bliżej charakterem do postaci granej przez Scarlett - przekonanej, że ból jest nieodłącznym składnikiem realnego uczucia i zniechęcającej się tym, co podaje się jej bez przeszkód na tacy lub tym, co powszednieje. We mnie też trudno obudzić jakiekolwiek emocje, dopóki się ich nie doprawi odpowiednią dawką tęsknoty, nieszczęscia i rozczarowań. W moich oczach największą atrakcyjność zyskuje to, co udać się nie może. Im bardziej nierealny cel, tym bardziej wyrywa mnie z obojętności i skłania do zdecydowanego działania. Walczę o coś nieprawdopodobnego - cud, bo chyba bym chciał, żeby zadałby mi on kłam i pozwolił czasem myśleć, że może ta rzeczywistość nie jest jednak tak szara i zwyczajna. Czekam na niego długo. Cuda mają jednak to do siebie, że nie istnieją.

Zanim to jednak do mnie dotrze po raz setny i znormalnieję, czego ja nie wyprawiam - na jakie upokorzenie się nie narażę, jakich farmazonów nie wygłoszę, ile wykażę wyrozumiałości, cierpliwości i dobrej woli, jakich prób charakteru nie przejdę. Aż w końcu budzę się któregoś ranka, patrząc z lekkim niedowierzaniem na wczorajszego siebie i zapominam o całej historii, na nowo spostrzegając po prostu zwykłych ludzi z całym ich przyziemnym bagażem cech. Bo najprawdziwiej brzmią ostatnie słowa filmu Allena, wypowiedziane przez Vicky, którą Cristina przeprasza za stanie wcześniej na przeszkodzie jej romansu: "It's OK, Cristina, it was a passing thing...

...and now it's over."

19:55, bdudar , Film
Link Komentarze (2) »
wtorek, 17 marca 2009
Opowieść samotnego wojownika

Żeby było jasne - uwielbiam wszystkich otaczających mnie ludzi. Bez wyjątków. Jestem jednym wielkim szczęśliwym skurczybykiem. Szczęśliwym dlatego, że udało mi się poznać i wciąż utrzymać kontakt z tyloma wspaniałymi, oryginalnymi i zdrowo popieprzonymi charakterami, a na dodatek udaje się wciąż co jakiś czas kogoś nie mniej rąbniętego do tego grona dorzucać. Są momenty, kiedy zatrzymuję się, po prostu w podziwie obserwując, co się na około mnie dzieje. That said - są jednak również momenty, kiedy czuję się jak na jakiejś bezludnej wyspie wyalienowania, frustrująco daleko od domu, do którego nie mam jak powrócić, choć bardzo bym chciał. A jedną z lepszych ilustracji owego poczucia jest historia długiej przygody z grą mojego życia - "Street Fighterem".

Utrata dziewictwa nastąpiła w warunkach standardowych - po prostu budę z automatami miałem po drodze z przystanku do domu (choć może raczej końcowy przystanek dobrałem, kierując się lokalizacją budy) i trudno mi było przejść obojętnie koło tej wiecznie obleganej maszyny z przepięknie komiksowymi postaciami obijającymi sobie ryje na porażającym paralaksowym tle. Inicjacja standardowa na warunki globalne, bo lokalnie byłem nie wiedzieć czemu jedynym znanym mi bywalcem podstawówki, który w ogóle zainteresował się i zaczął inwestować pierwsze pieniądze w fighting genre. Trudno, grałem sam.

Sytuacja rychło jednak uległa zmianie i bijatyko-mania ogarnęła nagle masy. A to za sprawą po dziś dzień przeze mnie znienawidzonego "Mortal Kombat". Charakteryzował się obleśną pikselizacją, prymitywnością i topornością ruchów, minimalnie zróżnicowanymi postaci, no ale hej, dorzućmy wiadra krwi i możliwość wyrwania kręgosłupa (i to nie w trakcie samej walki!), by nastoletnie słabe umysły momentalnie sięgnęły do kieszeni i rozpoczęły wielogodzinne treningi. Mogłem jedynie, wzorem innych Street Fighterowców świata, spoglądać z politowaniem na to żałosne widowisko, co najwyżej zaszczycając je sporadycznie złośliwym komentarzem. Trudno, grałem sam.

"Street Fighter" wchodził w najlepsze lata, po genialnej serii "Alpha" wydając wreszcie długo oczekiwaną oficjalną część trzecią, "na parafii" tymczasem nikt nie miał o tym rozkwicie zielonego pojęcia z powodu zaślepienia pozorną rewolucją w postaci przejścia fighting genru w 3D. Ech, te wszystkie pierwsze kwadratowe "Virtua Fightery" i "Tekkeny" - dla obeznanego z tematem gracza wyglądało to przy "SF" mniej więcej jak plastikowy model ostrosłupa przy obrazie Leonarda Da Vinci. Dobre jako eksperyment, ale wielce daleko od the real deal. Niestety tylko automaty z 3D dało się u nas znaleźć, na "SF3" nie natknąłem się w tym kraju nigdzie. Trudno, grałem sam.

I tak tydzień temu rozpoczął się kolejny rozdział historii. Po dziesięciu latach "Street Fighter III" utracił w końcu tytuł króla świata bijatyk i władcy mojego wolnego czasu, oddając palmę pierwszeństwa oczywiście nikomu innemu, tylko samemu "Street Fighterowi IV" - grze, dla której właśnie dokonałem zakupu pierwszej w życiu konsoli. I, man, czy nie był to udany zakup. Zabójcze urok i grywalność dzieła Capcomu plus niezwykle wysoki party-generating factor XBoksa już ściągnęły do padów stały zestaw nerdów z radością tłukących się wszelkimi możliwymi do wykonania fireballami, dragon punchami i ultra-combosami, skutecznie przy tym pozbawiając nas śladowych resztek życia towarzyskiego. Pozostaje mieć tylko nadzieję, że chłopaki się szybko nie zniechęcą, w końcu stając naprzeciw mnie przychodzi im zmierzyć się z niemal dwudziestoletnim doświadczeniem. No trudno, najwyżej pogram sam.

P.S.: "Ktokolwiek ma blade pojęcie, jak najprościej i najszybciej zakupić obecnie "Guitar Hero Band Kit"? Czemu w tym naszym smutnym szarym kraju nigdzie tego nie można teraz dostać? Ale ja się tu czasem czuję frustrująco wyalienowany..."

17:02, bdudar , Gry
Link Komentarze (3) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 12